obiecaj mi, że pewnego dnia wszystko się skończy. Że zniknie ból, i lęk. Wyschną łzy na skostniałych policzkach. Moje i Twoje rany rozwiną zakrwawione skrzydła, i opuszczą ten świat. Obiecaj mi, że ostatni raz znajdziesz do mnie drogę, pośród drogowskazów nicości. Że zapomnimy o tym, co złe. I obejmiesz mnie, jak tamtej lipcowej nocy, nim rozsypię się pod ciężarem niespełnionych snów. Nim zatańczę ostatniego walca na wytartym parkiecie Twych dębowych oczu.
Obiecaj mi. Bo potrafię już tylko płakać, potokami skarg nad naszym losem. Ty i ja jesteśmy ofiarami czasu. Odseparowani grubą linią wspomnień. Każdej nocy umieramy we własnych klatkach, szepcząc przeznaczeniu do ucha: przepraszam.
Obiecaj mi. Sama nie potrafię już dotrzymywać obietnic.